Dzień 2 – Edynburg
Poranek
Drugi dzień wyjazdu zaczęliśmy od rewelacyjnego śniadania w naszym kameralnym hoteliku. Oczywiście podczas którego zaplanowaliśmy trasę przed prawie wszystko co warto zobaczyć w Edynburgu. Sala jadalna w tym hotelu jest mega przytulnym miejscem. Do wyboru były dania z karty, które przyrządzano na ciepło lub rzeczy z tzw. szwedzkiego bufetu. W tej pierwszej opcji były:
- Porridge – czyli owsianka gotowana z borówkami
- Szkockie śniadanie – kiełbaski, bekon, Haggis, kaszanka, placek ziemniaczany, grzyby, fasolka i jajko przyrządzone w koszulce, na miękko, na twardo lub jajecznica.
- Wegetariańskie śniadanie – grzyby, placek ziemniaczany, fasolka, szpinak, pomidory na ciepło i jajko do wyboru jak wyżej
- Jajko po benedyktyńsku – pieczony angielski wytrawny muffin z bekonem i jajkiem poche polany sosem
- Muffin z łososiem – pieczony angielski muffin z jajecznicą i szkockim wędzonym łososiem
Szkockie śniadanie to pozycja, która zdecydowanie spełniła moje wymagania smakowe. W dodatku w ramach śniadania można od razu spróbować czegoś lokalnego, bo Haggis to typowo szkocka potrawa. Składa się z owczych podrobów z cebulą, mąką owsianą i przyprawami, duszonych w zaszytym owczym żołądku bądź sztucznej osłonce. Ten śniadaniowy Haggis akurat był jakby plastrem oryginału. Podawany był w takiej jakby panierce albo smażony w głębokim tłuszczu, ale nie był nim nasiąknięty.
Co warto zobaczyć w Edynburgu?
Zaraz po obfitym śniadaniu zebraliśmy się do wyjścia, by w końcu zobaczyć stolicę Szkocji. Co warto zobaczyć w Edynburgu? Oto trasa jaką zaplanowaliśmy: Arthur’s Seat – St. Anthony’s Chapel ruins – St Margaret’s Well – St. Margaret’s Loch – Holyrood Palace – Queen Mary’s Bath – Royal Mile – Wzgórze Caltona – salon Johnnie Walker’a – Dean Village. Na liście był jeszcze 'Innocent tunnel’, ale idąc tak się zajaraliśmy widokiem na wzgórze, że przeszliśmy obok starego tunelu, który w sumie jest dobrze ukryty.
Hotel znajdował się zaraz przy wzgórzu na którym jest Arthur’s Seat, więc na trasę weszliśmy po 10-15 minutach.
Co ciekawe w okolicy jest dosyć nowa destylarnia Holyrood Distillery, która produkuje gin i whisky – można po drodze wejść do ich sklepiku. Jest tak młoda, że pierwszą whisky wypuści dopiero na jesieni tego roku, a premiera według zapowiedzi ma odbyć się w ….Polsce (za sprawą p. Jarosława Buss’a).
Wracając…na samą górę szliśmy ok. 40 minut co chwila zatrzymując się żeby zrobić zdjęcie. Weszliśmy idealnie od strony południowej, by przejść przez Arthur’s Seat i zejść ze wzgórza w stronę Pałacu Holyrood oraz centrum Edynburga. Jest to najbardziej optymalna trasa jeśli planujemy zwiedzanie centrum miasta. Kilka fotek z tego odcinka zwiedzania znajdziecie poniżej.
Nie masz konta w Revolut?
Zarejestruj się i zgarnij DO 150 PLN!
Ciekawe miejsca w centrum
Zaplanowana trasa prowadziła dalej do Holyrood Palace. My weszliśmy na teren gdzie był sklepik i kawiarnia, ale do samego Holyrood Palace nie wchodziliśmy. Bilet dla osoby dorosłej kupiony wcześniej to 18 GBP, a w dniu wejścia 19.50 GBP i możecie je kupić tutaj. Obok jest również The Queen’s Gallery (bilet 8.50 GBP dla os. dorosłej), jednak przechodzi remont i będzie czynna dopiero w 2024 roku. Gdybyście chcieli kupić bilety to znajdziecie je tutaj.
Nasze kroki skierowaliśmy na Royal Mile, czyli ciągu ulic w centrum miasta, który prowadzi od zamku do Pałacu Holyrood. Na trasie znajduje się wiele ciekawych miejsc takich jak np: kościół Canongate i otaczający go zabytkowy cmentarz, mnóstwo pięknych bram oraz Muzeum Edynburga.
Dla fanów whisky na trasie jest również sklep Cadenhead’s oraz sklep w którym przemiła Pani z Polski doradzi Wam dobrą butelkę albo cygarko – Jeffrey Sr.
Dwie ulice wcześniej znajdziecie lokal BrewDog’a i tu właśnie skręciliśmy w prawo w kierunku kolejnych atrakcji – Jakob’s Ladder i Wzgórza Caltona, na którym znajduje się kilka pomników, restauracja oraz piękny widok na cały Edynburg. Polecam odwiedzić to miejsce choćby na chwilę, bo panorama miasta jest na prawdę obłędna.
Następnie możecie zobaczyć piętrowy cmentarz Old Calton, my jednak pominęliśmy chodzenie po kolejnym cmentarzu i poszliśmy wzdłuż Princess Street, czyli głównego bulwaru handlowego. Możemy zobaczyć tu kolejny pakiet ciekawych miejsc. Po paru krokach znaleźliśmy się pod Hotelem Balmoral i myśleliśmy, że to jakiś urząd miasta czy siedziba rządu, dopóki nie sprawdziliśmy w Google. Kolejne 5 minut spaceru i staliśmy pod górującym pomnikiem Sir Waltera Scotta. Następnie mijamy The Royal Scottish Academy, czyli galerię mieszczącą wystawy na temat architektury i sztuki nowoczesnej. My postanowiliśmy zostawić ją na tzw. 'następny raz’, żeby było po co wracać.
Jako, że nie byliśmy jeszcze bardzo głodni, ale zaschło nam odrobinę w ustach, postanowiliśmy przejść na drugą stronę do najbliższego baru, który nam się spodoba. Wybór padł na bardzo oryginalny i urządzony w starym stylu bar The Kenilworth. Serwują dobre piwko i mają solidny wybór Ale i cydrów, a nawet chyba jakieś piwko stylu IPA tam brałem.
Koniec ulicy to też ostatnia 'atrakcja’ w tej okolicy, czyli salon Johnnie Walker wraz zegarem, który wisi na rogu. O ile trunek spod znaku Johnnie Walker nie należy do moich ulubionych (bez względu na kolor serii), to niezaprzeczalnie brand jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w świecie whisky i warto zobaczyć to miejsce. Zegar „Binns clock” o którym wspomniałem co pół godziny gra melodię oraz okrążają go dudziarze i to jest jego 'supermoc’ dla której warto go zobaczyć.
Ostatnim punktem dzisiejszego dnia była Dean Village, czyli urokliwa enklawa z XIX-wieczną zabudową. Osiedle-wioska, bo tak to można nazwać, jest pięknie położone nad niewielką rzeką. Idealny punkt na spacer w urokliwej scenerii. W głowie mieliśmy już tylko kolację, której szukaliśmy w drodze filtrując na mapach restauracje po ocenach.
Jako miłośnika whisky skusił mnie po drodze dobrze wyglądający sklep z brązowym trunkiem. Wszedłem, ale ceny ewidentnie pod turystę. Niemniej jednak Pan zdecydował się zagaić i z rozmowy o Glenfarclas 10 wyniknęła mikro-degustacja. Sprzedawca rozlał pod ladą 5 różnych małych sampli i kazał mówić o odczuciach. Jak się później okazało nie zorientowałem się, że w puli był właśnie wspomniany Glenfarclas, ale jeśli chodzi o wiek oraz moc whisky praktycznie w każdym przypadku miałem rację. Podczas degustacji zaskoczyła i zarazem wyjątkowo zasmakowała mi jedna pozycja. Z początku nie wierzyłem, że w sklepie polano mi coś w mocy beczki, ale tak obstawiłem i nie pomyliłem się – Glenlossie 2009, Single cask od Berry Bros.
Było już dosyć późno, więc czas na kolację. Zdecydowaliśmy się na zbadanie trzech lokali z kuchnią indyjską i nepalską: Tuk Tuk, Solti oraz Mother India’s Cafe. Znajdowały się niemalże obok siebie i w okolicy naszego hotelu. Ostatecznie wygrał Tuk Tuk i był to bardzo dobry wybór. Lokal ma w menu bardzo ciekawe jedzenie i wypada dosyć dobrze cenowo. Za 2 dania, przystawkę w postacie chrupiących kulek z jogurtem w środku, 2 różne chlebki Naan oraz 2 kubki chyba mango lassi zapłaciliśmy 31,2 GBP.







































